Bez....

     Po 3 tygodniach siedzenia u rodziców wróciłam dzisiaj do siebie. Nie wiem po co ale wróciłam. Czułam taka potrzebę. Nie chcę żeby mnie widzieli w takim stanie. Muszę się pozbierac do kupy, ogarnąć te swoje życie. Mam 26 lat, a mam wrażenie, że radzę sobie w tym życiu gorzej niż 10letnie dziecko.
     Jestem w rozsypce psychicznej. Mieszkam sama z kotem w mieście, w którym nikogo nie znam, niczym szczególnie się nie interesuje, nie wiem co lubię jeszcze do tego straciłam pracę i nie mogę znaleźć innej. Pieprzona pandemia. Nie mam ochoty na nic. No, oprócz butelki wina ale też nie wiem czy to dobry pomysł. 

     Pisząc na tym blogu zawsze opisywałam swoje nieudolne próby zrzucenia kilku kilogramów. Dalej mam nadwagę, dalej ważę coś koło 70kg ale jakoś przestało mnie to ruszać.  Doszło do mnie w końcu że to ile waże wcale nie jest najważniejsze. Mogę być szczupła, ważyć te wymarzone 49kg ale jeżeli nie ogarnę swojego życia to i tak nie sprawi, że będę szczęśliwa. Wręcz przeciwnie. Najbliżsi będą się o mnie martwić, a ja mam dosyć być powodem ich problemów. Dlatego wolałam wrócić do pustego mieszkania. Przez rozmowę telefoniczną łatwiej jest udawać, że wszystko jest w porządku, łatwiej jest kłamać, nawet ze łzami w oczach. I taki właśnie mam plan. Poudawać trochę. Przed rodzicami i znajomymi. Co za tym idzie może oszukam trochę i siebie, może jak przestanę użalać się nad soba, zajmę jakąś robotą to będzie mi lepiej? Nie wiem, warto spróbować. Jak mi to nie pomoże to chociaż oni będą trochę spokojniejsi.

     Najbliższe dni spędzę w domu, sama, nie chcę tego czasu zmarnować na jedzenie i leżenie. Muszę ten czas spędzić produktywnie, bo inaczej do końca zwariuje. Tylko boję się, że to tylko chwilowe postanowienie, a suma sumarum i tak całe dnie spędzę na użalania się nad sobą. Muszę cos robić, cokolwiek.... Sprzątać, uczyć się, czytać książki, uczyć się języka obcego, ćwiczyć, zadbać o siebie. Cokolwiek....

     I w sumie bardziej o tym będzie ten blog. O moim nudnym codziennym życiu. 

Komentarze